....Na poprawę humoru powspominam sobie troszkę...Po powrocie do Mediolanu 6 stycznia przez 4 dni padało..Agii nie miała zbyt dobrej pogody na zwiedzanie...Mediolan w deszczu wydaje się być smutny i ponury...ale magia miejsca jednak urzeka...
Miałyśmy wszystko: czasem słońce czasem deszcz (to drugie przeważało...)
Miałyśmy pizze, chińczyka i ciao...czyli 100% użycia karty CIDIS :D
Miałysmy lody choć zimno było..
I była wycieczka do Lecco..miasta które mnie doprawdy wielce i prawdziwie urzekło
I wycieczka do Genovy gdzie mielismy wiosnę w środku zimy
SUPER BYŁO SIS :* a zwłaszcza te leniwe wieczorki i nasza wycieczka autobusem 94 któremu zachciało się zmienic trasę..wycieczka tak naprawdę po nic :P ale chociaż kawy na Santa Sofia się napiłyśmy heheheheh...pyszne były sery, pyszne wino i fakt że nie było jednak nocki na dworcu, gdzie mimo wszystko charczący grzejnik był jednak lepszy niż chwilowa bezdomność :))
Mediolan z sis - jak zawsze z przygodami :*
sobota, 22 stycznia 2011
...erasmusfamily...A.G.M. ♥
Kiedy jest czas zabawy, kiedy jest czas imprezowania, kiedy jest czas zwiedzania...kiedy jest czas na śmiech...kiedy erasmus pochłania i wciąga w wir doświadczania...jest wszędzie mnóstwo ludzi z butelką wina, kuflem piwa albo setką czystej wódki ;)
Ale kiedy robi sie troche poważniej..kiedy na promiennej twarzy pojawiają się łzy...wtedy TEŻ jest erasmusfamily. Wtedy jest wspólne oczekiwanie, rozmowa, rozmowa..herbatka, kawka, kisielek, sałatka owocowa, wtedy są tez głupie pomysły ale i kreatywne skojarzenia..jest wsparcie!!to dobre uczucie i cudowna świadomość...jesteśmy w tym razem!! :*
Ale kiedy robi sie troche poważniej..kiedy na promiennej twarzy pojawiają się łzy...wtedy TEŻ jest erasmusfamily. Wtedy jest wspólne oczekiwanie, rozmowa, rozmowa..herbatka, kawka, kisielek, sałatka owocowa, wtedy są tez głupie pomysły ale i kreatywne skojarzenia..jest wsparcie!!to dobre uczucie i cudowna świadomość...jesteśmy w tym razem!! :*
czwartek, 20 stycznia 2011
This is it...exam time!
Kiedy w końcu nadszedł czas egzaminów mnie naszła ochota na uzupełnianie bloga.
Siedzę sobie w pokoju którego moja połowa jest bardzo ogarnięta, uporządkowana, dość dobrze zorganizowana...druga połowa stanowi totalny chaos gdzie moja współlokatorka śpi, je, uczy się, ogląda filmy i słucha "muzyki" (w cudzysłowie bo mam dreszcze jak myślę o tym czego ona słucha) w pozycji leżącej..łóżko jest stołem, kanapą, biurkiem, legowiskiem (dobrze że toaleta jest na swoim miejscu!!). Ale pomimo tego mieszka nam się razem wspaniale :) nauczyłam się funkcjonować w swoim małym, czystym terytorium z widokiem na totalną dezorganizację przestrzeni :)
No więc czas egzaminów..jutrzejszy egzamin jest dla mnie kołem ratunkowym na wypadek gdybym nie zdała egzaminu z krytyki teatralnej. Pan profesor (właśnie od krytyki) na początku semestru robił słodkie oczy i nie widział żadnego problemu z moim zaliczeniem końcowym. Kiedy nadeszła godzina zera uświadomił mnie że mój egzamin wygląda tak jak wszystkich pozostałych studentów, czyli 3 pyt. 3 min. na odpowiedź..kiedy ja 3 minuty myślę nad jednym zdaniem po włosku..no więc asekuruje się i idę jutro na egzamin jako non frequentanta (nie chodziłam na te zajęcia). Jest to we Włoszech powszechny proceder..wykładowcy dorzucają dla takich studentów zazwyczaj 2 lektury więcej, zakreślają jakiś dodatkowy materiał, ale nie robią z tego tytułu żadnych problemów. To czy student chodzi na zajęcia jest jego indywidualnym wyborem.
Nie mogę doczekać się egzaminu z moim ulubionym Alessandrem Sereną < love>
a to już 31 stycznia..książkę którą mamy z Mary do przeczytania, czyta się jak powieść...i aż żal że w następnym semestrze nie prowadzi on żadnych fakultetów...mimo iz moje oczekiwania co do tematyki tych zajęc były trochę inne (historia cyrku i teatru ulicznego) to okazał sie to być przedmiot przeze mnie uwielbiany, gdzie w momencie kiedy nie jeździła komunikacja miejsca za sprawą strajków studenckich ja potrafiłam iść 15 przystanków pieszo byleby tylko być na tych zajęciach i niczego nie stracić. Fantastyczna była też przerwa w trakcie jego wykładów, kiedy nadchodził czas dekoncentracji po 45 minutach on ogłaszał przerwę 15 minutową..wtedy tak jak cała reszta biegłam po pyszną lavazzę z automatu..mmm latte macchiato senza zucchero :D
Siedzę sobie w pokoju którego moja połowa jest bardzo ogarnięta, uporządkowana, dość dobrze zorganizowana...druga połowa stanowi totalny chaos gdzie moja współlokatorka śpi, je, uczy się, ogląda filmy i słucha "muzyki" (w cudzysłowie bo mam dreszcze jak myślę o tym czego ona słucha) w pozycji leżącej..łóżko jest stołem, kanapą, biurkiem, legowiskiem (dobrze że toaleta jest na swoim miejscu!!). Ale pomimo tego mieszka nam się razem wspaniale :) nauczyłam się funkcjonować w swoim małym, czystym terytorium z widokiem na totalną dezorganizację przestrzeni :)
No więc czas egzaminów..jutrzejszy egzamin jest dla mnie kołem ratunkowym na wypadek gdybym nie zdała egzaminu z krytyki teatralnej. Pan profesor (właśnie od krytyki) na początku semestru robił słodkie oczy i nie widział żadnego problemu z moim zaliczeniem końcowym. Kiedy nadeszła godzina zera uświadomił mnie że mój egzamin wygląda tak jak wszystkich pozostałych studentów, czyli 3 pyt. 3 min. na odpowiedź..kiedy ja 3 minuty myślę nad jednym zdaniem po włosku..no więc asekuruje się i idę jutro na egzamin jako non frequentanta (nie chodziłam na te zajęcia). Jest to we Włoszech powszechny proceder..wykładowcy dorzucają dla takich studentów zazwyczaj 2 lektury więcej, zakreślają jakiś dodatkowy materiał, ale nie robią z tego tytułu żadnych problemów. To czy student chodzi na zajęcia jest jego indywidualnym wyborem.
Nie mogę doczekać się egzaminu z moim ulubionym Alessandrem Sereną < love>
a to już 31 stycznia..książkę którą mamy z Mary do przeczytania, czyta się jak powieść...i aż żal że w następnym semestrze nie prowadzi on żadnych fakultetów...mimo iz moje oczekiwania co do tematyki tych zajęc były trochę inne (historia cyrku i teatru ulicznego) to okazał sie to być przedmiot przeze mnie uwielbiany, gdzie w momencie kiedy nie jeździła komunikacja miejsca za sprawą strajków studenckich ja potrafiłam iść 15 przystanków pieszo byleby tylko być na tych zajęciach i niczego nie stracić. Fantastyczna była też przerwa w trakcie jego wykładów, kiedy nadchodził czas dekoncentracji po 45 minutach on ogłaszał przerwę 15 minutową..wtedy tak jak cała reszta biegłam po pyszną lavazzę z automatu..mmm latte macchiato senza zucchero :D
Teatralnie..
Dziś w Mediolanie zapachniało późną jesienią..nie ma już co prawda pięknych żółto-zielono-purpurowych liści, ale było piękne słońce i takie lekkie powietrze i delikatny wiatr który smagał mnie po twarzy.
Spektakl który dziś miałam okazję oglądać zahaczał o inną porę roku - lato na Sycylii...spektakl poruszający, plastyczny i zmysłowy...połączony klamrą..rozpoczęcie i zakończenie jako gra cieni i światła..sylwetki wyłaniające się z ciemności niczym malowane na szkle..to na rozpoczęcie..a na zakończenie..światło latarni morskiej, szum fal i mewy..i zarysowane postaci znów znikające w ciemności...
Tydzień choć wydaje się być tygodniem dość spokojnym obfituje w wydarzenia... kulturalne-wczoraj Piccolo Teatro i La Campagnia degli Uomini di Edward Bond wraz z Aperiteatro gdzie przy drinku i czymś do przegryzienia zawierało się nowe znajomości.
A dziś był Teatro Franco Parenti z Cuore di Cactus.
A tutaj przemycam zdjęcia pięknych starych drzwi na mojej ulicy,których wcześniej nie widziałam...
Spektakl który dziś miałam okazję oglądać zahaczał o inną porę roku - lato na Sycylii...spektakl poruszający, plastyczny i zmysłowy...połączony klamrą..rozpoczęcie i zakończenie jako gra cieni i światła..sylwetki wyłaniające się z ciemności niczym malowane na szkle..to na rozpoczęcie..a na zakończenie..światło latarni morskiej, szum fal i mewy..i zarysowane postaci znów znikające w ciemności...
![]() |
| oczami wyobraźni |
A dziś był Teatro Franco Parenti z Cuore di Cactus.
A tutaj przemycam zdjęcia pięknych starych drzwi na mojej ulicy,których wcześniej nie widziałam...
| piekne stare drzwi na mojej ulicy... |
czwartek, 13 stycznia 2011
Wspomnień czar..
Ostatni wpis w moim blogu to 20 listopad! Huh a dziś mamy 13 styczeń..
Moja absencja blogowa wynika po troszę z serwisowania kompa w Polsce..trochę z lenistwa..i trochę z nieogarnięcia :)duzo się wydarzyło juz sama nie pamietam co i kiedy się działo....
Było takie popołudnie kiedy z Mary i Gosik próbowałyśmy poskładać do kupy nasz high life in Milan ale było to w grudniu więc sama po takim upływie czasu już zapomniałam..więc będę improwizować...
Były imprezy w Lamlajt i Le Banque i było tez Magazzini Generali!!!!gdzie naładowałam swoje muzyczne baterie! :)..
... i ta jedna w The Club szalona noc która potwierdziła że w Mediolanie wszystko się udaje :)
-było wtedy załatwianie pernotto - totalnie na wariackich papierach!!
-było czekanie za Żubrówką!!!oj było!!
-była konsumpcja Żubrówki na Moscovie i tekst: "no i już nas mają" heheheheheh
-było też wrong way :P
-było ciasto czekoladowe u naszej hiszpańskiej rodziny
-było też lekkie rozczarowanie i wielki switaśny <hug> od Gosi :*
-były darmowe szoty tequili!!
-było flamenco!!
-było czekanie aż otworzą metro :D
Były też fantasyczne bifory (botygliony) na Santa Sofia! gdzie mówiło się we wszystkich językach świata..
Były wieczorki filmowe z butelką wina i popcornem..
Były wieczorne spacery..
Było "Ciao" po włoskim i Amo Pizza na Modenie..
Było smażenie naleśników..
Było międzynarodowo z polskimi akcentami w akademiku politechniki! ;)
Były swojskie klimaty w drodze na nasze niedzielne obiadki z hiszpańską rodziną..
Było darmowe Cenacolo i Pinacoteca di Brera!! :) PAMIĘTAJCIE!!!! w Mediolanie wszystko się udaje!!!
I było Natale Polacco!!!
gdzie wszystko nam sie udało..krokiety, pierogi, makiełki, pierniki...czerwony barszcz..i grzane wino :)
był nawet opłatek o smaku waniliowym :))
pokazalismy trochę polska tradycję świąteczną...i było naprawdę bardzo miło!! i smacznie...
I to było prawdziwe Natale Polacco :D ( z bigosem hehehhehe ;)))
Moja absencja blogowa wynika po troszę z serwisowania kompa w Polsce..trochę z lenistwa..i trochę z nieogarnięcia :)duzo się wydarzyło juz sama nie pamietam co i kiedy się działo....
Było takie popołudnie kiedy z Mary i Gosik próbowałyśmy poskładać do kupy nasz high life in Milan ale było to w grudniu więc sama po takim upływie czasu już zapomniałam..więc będę improwizować...
Były imprezy w Lamlajt i Le Banque i było tez Magazzini Generali!!!!gdzie naładowałam swoje muzyczne baterie! :)..
... i ta jedna w The Club szalona noc która potwierdziła że w Mediolanie wszystko się udaje :)
-było wtedy załatwianie pernotto - totalnie na wariackich papierach!!
-było czekanie za Żubrówką!!!oj było!!
-była konsumpcja Żubrówki na Moscovie i tekst: "no i już nas mają" heheheheheh
-było też wrong way :P
-było ciasto czekoladowe u naszej hiszpańskiej rodziny
-było też lekkie rozczarowanie i wielki switaśny <hug> od Gosi :*
-były darmowe szoty tequili!!
-było flamenco!!
-było czekanie aż otworzą metro :D
Były też fantasyczne bifory (botygliony) na Santa Sofia! gdzie mówiło się we wszystkich językach świata..
Były wieczorki filmowe z butelką wina i popcornem..
Były wieczorne spacery..
Było "Ciao" po włoskim i Amo Pizza na Modenie..
Było smażenie naleśników..
Było międzynarodowo z polskimi akcentami w akademiku politechniki! ;)
| był twister szał!!!! :D i pokonana Marysia i była KRÓLOWA (tylko jedna ;)) |
Były swojskie klimaty w drodze na nasze niedzielne obiadki z hiszpańską rodziną..
Było darmowe Cenacolo i Pinacoteca di Brera!! :) PAMIĘTAJCIE!!!! w Mediolanie wszystko się udaje!!!
I było Natale Polacco!!!
gdzie wszystko nam sie udało..krokiety, pierogi, makiełki, pierniki...czerwony barszcz..i grzane wino :)
był nawet opłatek o smaku waniliowym :))
pokazalismy trochę polska tradycję świąteczną...i było naprawdę bardzo miło!! i smacznie...
I to było prawdziwe Natale Polacco :D ( z bigosem hehehhehe ;)))
Subskrybuj:
Posty (Atom)


